W opracowaniach traktujących o twórczości Davida Warka Griffitha zapomina się o przepięknym jego arcydziele z roku 1919 - "Susie o złotym sercu" - i zupełnie niesłusznie.
Griffith pozostaje w pamięci ludzi filmu jako jeden z najważniejszych twórców światowego kina. To on bowiem uczynił je niezależnym od innych sztuk narracyjnym medium. Wcześniej bowiem jedna scena rozgrywała się w obrębie jednego ujęcia - kamera pozostawała nieruchoma i to w przestrzeni jej kadru aktorzy odgrywali swoje role. Zjawiska takie jak zbliżenia, jazdy kamery czy montaż równoległy pozostawały jednorazowymi atrakcjami, z którymi nie wiązano większej przyszłości. Dopiero Griffith zauważył, że dzięki tym technikom można stworzyć zupełnie nowy, pełen poezji język kina. Od tego momentu kamera nie pozostawała już statyczna. Swym ruchem, odpowiednio dobranym ujęciem, zaczęła podkreślać to, co dzieje się na ekranie. Reżyser zaczął bardzo starannie dobierać plenery i pieczołowicie planować miejsce ustawienia kamery. Co więcej, obrazy nie pozostawały oderwane od fabuły - treść scenariusza i zdjęcia wzajemnie się uzupełniały, odpowiednie ujęcia wzmacniały przekaz poszczególnych scen. Oderwał on dzięki temu kino od teatru - sprawił, że stało się takie, jakim je znamy w czasach dzisiejszych.
Griffith zdefiniował także aktorstwo filmowe. Stwierdził bowiem, że skoro film daje nam do dyspozycji różnorodne techniki prowadzenia narracji i jest dzięki temu w stanie podkreślić, a nawet uwydatnić najsubtelniejszy gest aktorów, to nie ma potrzeby, aby aktorzy teatralni (zatrudniani wówczas w produkcjach filmowych) mieli grać w sposób przerysowany. Chociaż widzowie w teatrze nie dostrzegą ich delikatnego skinienia, to jednak w kinie owszem, więc powinni występować w sposób całkowicie naturalny.
Wszystkie te osiągnięcia dla kina przełomowe pojawiają się i w "Susie o złotym sercu", jednak, oglądając to dzieło warto zwrócić uwagę na jeszcze kilka elementów. Jest to jeden z serii kameralnych filmów, jakie Griffith nakręcił po zrealizowaniu dwóch monumentalnych epopei - "Narodzin Narodu" (1915) i "Nietolerancji" (1916). Jak wszystkie produkcje z tego cyklu, przedstawia dość prostą (skądinąd zaczerpniętą z prawdziwego życia) moralizatorską historię. Jednak tym, co czyni ową produkcję dziełem wybitnym jest nie sama treść, ale mistrzostwo reżyserii Griffitha. Należy się także skupić na relacjach, jakie zachodzą pomiędzy bohaterami oraz dać się ponieść pięknemu, niespiesznemu krajobrazowi życia na południu Ameryki - rodzinnych stronach Griffitha.
Na szczególną uwagę zasługuje odtwórczyni roli tytułowej, Lillian Gish - nie tylko obdarzona urodą fizyczną, ale także niespotykanym wdziękiem swej gry aktorskiej. To przede wszystkim ona przyprawia widza o wzruszenie, a sceny, w których idzie, wykonując przeuroczy ruch prawą nogą, stanowią chyba jedne z najcudowniejszych momentów w historii kina.
Michał Zarecki